Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wywiad

10 marca 2020

NR 42 (Marzec 2020)

O trudnej drodze do sukcesu - rozmowa z Jerzym Górskim

66


Jerzy Górski 
Zwycięzca prestiżowych zawodów na dystansie podwójnego Ironmana w Alabamie w 1990 roku. Uczestnik The Western States 100-Mile Endurance Run w Kalifornii w tym samym roku oraz trzydniowych zawodów Ultraman na Hawajach w 1995 roku. Dostał brązowy medal „Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe” przyznawany przez Przewodniczącego Głównego Komitetu Kultury Fizycznej. Spotyka się z młodzieżą i rozmawia o ich pasjach życiowych i wpływie tych pasji na radość z życia. Bohater filmu „Najlepszy” oraz książki „Najlepszy. Gdy słabość staje się siłą” autorstwa Łukasza Grassa.


Pana droga do sukcesu była wyjątkowo trudna i wymagała wielkiego samozaparcia. Co na początku treningów sportowych było dla Pana największą motywacją?
Motywacją był dla mnie sam ruch. Kiedy byłem w ośrodku Monaru, jednym z elementów terapii było codzienne bieganie. Z każdym tygodniem, gdy mój organizm coraz bardziej się przyzwyczajał, miałem wrażenie, że wewnętrznie potrzeba mi tego ruchu coraz więcej. Zacząłem się wciągać w bieganie, a sam wysiłek wytrzymałościowy dawał mi radość, dobre samopoczucie i dodatkowo napędzał mnie. Oczywiście z czasem stawiałem sobie kolejne cele: żeby przebiec 5 kilometrów, żeby wystąpić w zawodach, żeby wziąć udział w pierwszym maratonie… Zamarzyłem sobie w końcu wyprawę na zawody na Big Island – największej wyspie na Archipelagu Hawajskim. Te zawody obejmowały trzy konkurencje: pływanie na dystansie 10 kilometrów, jazdę na rowerze na 420 kilometrów w trzech etapach 85 kilometrów biegu. Po pokonaniu ostatniego odcinka, wracało się praktycznie w to samo miejsce, w którym wskakiwało się do oceanu na początku zawodów. Bardzo mnie inspirowała myśl o tej konkurencji. Marzyłem o udziale w niej przez ponad 10 lat, aż w końcu udało mi się zrealizować to marzenie. Po drodze występowałem w innych zawodach – przebiegałem maratony czy brałem udział w triathlonach, ale tak naprawdę to właśnie zawody na Big Island były dla mnie największym wyzwaniem.

Można w takim razie powiedzieć, że każdy mały cel, każdy mniejszy bieg napędzał Pana do działania i dawał motywację do realizacji tych większych celów?
Inaczej postawiłbym kolejność. Myślę, że zawsze tak jest, że gdy człowiek dokona czegoś, czego wcześniej nie robił, to chce więcej. Jeżeli to nie jest przymusem, a wypływa z wewnątrz, rządzi nami w pewien sposób, ponieważ mamy z tego radość i satysfakcję, to wtedy następuje sprzężenie zwrotne – dostajemy sami od siebie informację, że chcemy więcej. To jest naturalne i nie trzeba być sportowcem, żeby to czuć. Właściwie w naszym życiu ciągle się czymś inspirujemy. Dlaczego działamy? Ponieważ coś nas inspiruje.

Dobrze, gdy tak jest. Czasami zdarza mi się widzieć wśród znajomych osób brak takich inspiracji. Praca, dom i na tym się życie kończy.
Wiem, że niektórzy tak żyją. Przychodzą do domu z pracy i już nie chcą nic robić. Mimo swojego wieku, mam już prawie 66 lat, to ja tak nie potrafię. Ciągle coś mnie inspiruje i ciągle znajduję chęci, żeby działać i się rozwijać. Po drodze pojawiają się cele i to właśnie one tworzą fantastyczną drogę, która zamienia się w marzenie. Na początku, tak sądzę, nie ma marzeń. Jest raczej jakaś myśl, iskierka, bo na przykład zobaczyłem coś w telewizji i też chciałbym to zrobić. I wtedy, gdy zaczynamy działać, to albo to nas pochłania, ale próbujemy raz czy drugi i stwierdzamy, że to jednak nie jest dla nas. Czasami nie wiemy, co nas tak naprawdę zainspiruje na tyle, żeby faktycznie rozwijać tę iskierkę. Pomiędzy „chciałbym”, a „chcę” jest różnica. Jeżeli pojawia się „chciałbym” i zrobimy pierwszy rok, to może pojawi się właśnie to wewnętrzne „chcę”. Wtedy człowiek idzie tą drogą.

Mam podobne obserwacje. Pamiętam, jak kilka lat temu sukcesem było dla mnie przebiegnięcie 2–3 kilometrów. Od tego zacząłem. Potem przyszły pierwsze zawody, maratony, aż w końcu zakwitł mi w głowie pomysł na triathlon, a w końcu też na zawody Ironman. Musiałem podporządkować swoje życie tym celom i marzeniom, ale w końcu się udało.
I w końcu, jak się uda, to tak sobie układamy życie, że nieważne, o której godzinie, ale będziemy działać w stronę tych marzeń.

Dokładnie, ale też trzeba powiedzieć, że chwile słabości zdarzają się każdemu. Czy ma Pan sposób na przełamywanie oporów, zarówno psychicznych jak i fizycznych, podczas treningów czy też podczas samych zawodów?
Dzisiaj już nie trenuję tak, jak kiedyś, ale sięgając pamięcią do tych momentów, gdy niosły mnie wyznaczone cele, to nie przypominam sobie sytuacji, w których musiałbym przełamywać takie opory. Jedyne trudności były wtedy, gdy pojawiały się kontuzje, bóle albo byłem już wyczerpany energetycznie. W takich chwilach szukałem odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje. Dostawałem od organizmu informacje zwrotne i moim zadaniem było znaleźć przyczynę tych niedyspozycji. Natychmiast to sprawdzałem, słuchałem siebie.

Przez lata był Pan szkoleniowcem. Nauczyciele WF i trenerzy sportowi często stają przed problemem braku motywacji u swoich podopiecznyc...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy